„Jestem taki polski, świński artysta" - wywiad z Edwar­dem Dwurnikiem dla magazynu „Antyki"

Antyki: Ma pan opinię malarza niezwykle płodnego. Z czego wynika ta zachłanność tworzenia?

E. Dwurnik: Właściwie to nie mam pojęcia. Może po prostu z tego, że nic innego nie potrafię robić i to mi sprawia naj­więcej przyjemności. Obraz jednak trzeba malować długo, żeby go nasycić treścią i kolorami. Czasami zdarza się tak, że można coś zrobić jednym pociągnięciem, ale tylko we frag­mencie. Obraz trzeba jednak wypracować, trzeba mieć jakąś koncepcję.

A: A wielu, że tworzy pan błyskawicznie.

D: To opinia niebezpieczna. Żeby obraz był sprawny i sprawiał wrażenie namalowanego „szybka ręką" trzeba go przemyśleć, przygotować się odpowiednio. Znam wielu ta­kich artystów, który malują tak„od ucha do ucha" i nic z tego nie wychodzi.

A: Przywdziewa pan różne formuły malarskie. Na początku był to Nikifor, teraz pan robi „na Pollocka". Czy od samego początku była to zabawa konwencjami, swoisty postmoder­nizm?

D: Można tak to nazwać. Nigdy nie miałem kompleksów, nie chciałem koniecznie znaleźć coś oryginalnego. To się cza­sem komuś zdarza, ale na ogół nawet wielcy artyści czerpią od siebie nawzajem, wszystko jest kontynuacją. A: Dwadzieścia lat temu powiedział pan, że uważa się pan za najbardziej polskiego malarza. Czy nadal tak pan sądzi? D: Wtedy rozmawiałem o cyklu Sportowcy i moim koślawym bohaterze. Jestem bardzo związany z Polską, z jej tradycją, z wszystkimi polskimi wadami, z tym niechlujstwem, i tym całym świństwem polskim. Jestem właśnie taki polski, świń­ski artysta.

A: Co sądzi pan o modnym aktualnie nurcie malarstwa odwołującym się do kultury masowej? Mam na myśli np. obrazy Agaty Bogackiej, Wilhelma Sasnala... O ich wydaniu realizmu.

D: Ja bym tego tak nie określał. Są przecież jeszcze młodsi artyści, którzy wręcz wprost czerpią z komiksu i z reklamy. Akurat Sasnal i cały ten nurt to jest raczej obiektywizowanie rzeczywistości. Wszystko może być sztuką. To jest malarstwo o niczym. W tej chwili to przemawia. Najwyraźniej odbior­cy potrzebują teraz kontaktu ze skromną, ascetyczną sztu­ką. Mnie się to bardzo podoba i nawet próbuję sam też tak tworzyć.

A: Podobno maluje pan cykl obrazów poświęconych mode­lowi Alfa-Romeo Brera?

D: To zamówienie. Od jakiś kilkunastu, a może nawet dwu­dziestu paru lat maluję czasem coś na zamówienie. Jak daw­ni, prawdziwi malarze, którzy nie malowali z potrzeby serca, tylko na zamówienie. Najlepiej mądrych zleceniodawców.

A: W Sportowcach pokazywał pan siermiężną kulturę ma­sową PRL-u, całą jej polską gębę. Czy dzisiejsza kultura kon­sumpcji też ma jakąś gębę?

D: Oczywiście. Jest to w gruncie rzeczy bardzo śmieszne, siermiężne i biedne. Może tylko bardziej kolorowe, plastiko­we. Jednak jesteśmy ciągle narodem bardzo ubogim, pry­mitywnym, i zakompleksionym. Cały ten blichtr dzisiejszej rzeczywistości jest śmieszny.

A: A pokazuje pan teraz tą śmieszność?

D: Ostatnio namalowałem obraz pt. Lumpenpolitycy. Usłyszałem to słowo u profesor Staniszkis. Bardzo mi się spodobało. Kiedyś były czasy tragiczne a teraz to są już po prostu tylko śmieszne. Tylko śmiech broni nas przed ogłu­pieniem lub irytacją.

A: Ale od tego, co atakuje zewsząd i irytuje, ucieka pan w abstrakcję.

D: Zawsze chciałem malować abstrakcję, ale nie miałem cza­su, były tematy gorące, mnożyły się pomysły. Opowiadałem różne historyjki. Te obrazy były bardzo piękne. Kolorystycz­nie, kompozycyjnie. Nigdy nie miałem kłopotu z kompozy­cją, co chyba było nawet moim przekleństwem. Mam taką harmonię w swojej naturze. Ale zawsze marzyłem o abs­trakcji. Chciałem odwołać się do zmysłów, do uczuć odbior­cy. Pomógł mi w tym niesamowity, tragiczny, fantastyczny artysta amerykański Jackson Pollock, który wymyślił gest chlapania. Podchwyciłem to, i stosuję pełnymi garściami. Oczywiście inaczej, bo malarstwo Pollockajest naznaczone tragizmem egzystencji, a u mnie to czysta radość malowa­nia. Moje obrazy pollockowskie są kolorowe, dostarczają wzruszeń. Polska publiczność nie umie odbierać abstrakcji, podkłada sobie jakieś realności. Uciekam od tego i jak coś się komuś skojarzy, to ten fragment zamalowuję. Namalo­wałem ponad 300 abstrakcji, ale one ciągle żyją. W pewnej fazie były w paseczki. To mówili, że jak Tarasewicz, a on nie wymyślił paseczków. Paseczki nie dały mi satysfakcji i już są zamalowane pod następne pomysły. Te, które są jeszcze w pracowni, ciągle udoskonalam. Przygoda z abstrakcją jest fantastyczna.

A: Ale z publicystyki pan nie rezygnuje?

D: Nie zrezygnowałem oczywiście z mojego głównego nur­tu, z Podróży autostopem, z widoków miast z lotu ptaka.

A: Kontynuuje je pan od 1966 roku. Najpierw były polskie miasta, potem rozeszło się to na cały świat. Czy maluje pan też takie miasta, w których pan nie był?

D: Mam taką sprawność i wyobraźnię, że mogę sobie na to pozwolić. Malowałem Sydney, Mediolan, Rzym, Wene­cję, chociaż nigdy tam nie byłem. Malowałem szwajcarskie miasta. Potem jak tam przyjechałem, to mogłem już być przewodnikiem. Posiłkuję się albumami, pocztówkami, ale te źródła swobodnie interpretuję. Taksówkarzem bym tam być nie mógł.

Rozmawiała Iza Rusiniak („Antyki")

Biogram Artysty
Wybrane wystawy indywidualne Artysty
Prace w kolekcjach publicznych
Drukuj