2014-04-17

Leszek Moczulski

Niespełnione marzenie Józefa Piłsudskiego

Piłsudski nie był marzycielem; myślał bardzo konkretnie. Jednak jego największy program można określić, jako marzenie, w dodatku niespełnione. I to do dziś. Dramat polega na tym, że twórca niepodległej Rzeczypospolitej pragnął spoić dwa całkowicie różne, a nawet sprzeczne elementy rzeczywistości.

W toku pierwszej wojny światowej i bezpośrednio po niej zniewolone poprzednio kraje nie-germańskie i nie-rosyjskie, położone pomiędzy tymi dwoma mocarstwami utworzyły własne, suwerenne państwowości. Stało się to możliwe, gdyż najpierw Rosja, później Niemcy poniosły druzgocące klęski. Utrzymały one jednak swój potężny potencjał geopolityczny. Dość powiedzieć, że wyrosły z rewolucji Związek Radziecki nadal skupiał ok. 7,5% ludności globu – tyle, co współczesna Unia Europejska. Niemcy miały o połowę mniej, ale dysponowały drugim co do wielkości przemysłem świata (po USA). Było oczywiste, że jest tylko kwestą czasu, kiedy oba te agresywne kraje odzyskają światową potęgę – i zagrożą swoim nowym sąsiadom. To był pierwszy ze wspomnianych wyżej elementów rzeczywistości.

Już punkt wyjścia był wyjątkowo trudny. W listopadzie 1918 r., gdy Józef Piłsudski wrócił z Magdeburga do Warszawy i objął urząd Naczelnika Państwa, trwała wojna domowa w Rosji, Obie walczące strony łączyło jednak wspólne przekonanie, że przyszłe państwo rosyjskie – białe albo czerwone, powinno odzyskać całe terytorium dawnej carskiej Rosji. Chodziło o ziemie, na których ukształtowały się już nowe państwa. Poczynając od największej Polski, która namiastkę własnej państwowości odzyskała już w listopadzie 1916 roku, były to kraje bałtyckie oraz Ukraina, deklarujące swą niepodległość w 1918 r. Podobne dążenia zgłaszali również Białorusini.  Wszystkie te kraje odczuwały wprawdzie zagrożenie rosyjskie, lecz po niedawnej, straszliwej katastrofie imperium traktowały ją dość mgławicowo, skupiając się na rozwiązywaniu własnych problemów. Tej świadomości zagrożenia – mimo ujawnionych podczas wojny rosyjskich ambicji imperialnych, nie odczuwały natomiast państwa, powstałe po rozpadzie monarchii Habsburgów oraz utworzone wcześniej na Półwyspie Bałkańskim.

Wcześniej od rosyjskich ujawniły się dążenia niemieckie. Sytuacja na wschodzie i zachodzie Rzeszy była całkowicie inna. Miniona wojna wpisywała się w tysiącletni ciąg konfliktów francusko-niemieckich. Na ogół nie doprowadzały one do istotnych zmian geopolitycznych, ograniczając się do niezbyt wielkiego przesunięcia granicy. Tak było i tym razem; Francuzi utracili Alzację i część Lotaryngii, lecz granica przesunęła się raptem o 50 kilometrów. Natomiast na wschodzie sprawa była otwarta. Niemcy, którzy musieli kapitulować przed mocarstwami zachodnimi, wcale nie chcieli zrezygnować ze zdobyczy na wschodzie. Pragnęli nie tylko uzależnić od siebie mniejsze państwa, lecz także utworzyć własne na ziemiach Łotwy, Estonii i częściowo Litwy.  Armia niemiecka kapitulowała na zachodzie, rozpadła się w Niemczech, ale tutaj - pomiędzy Kownem a Rygą, prawie do końca 1919 r. panowała, rządziła, organizowała własne państwo.

Po-rosyjska strefa przybałtycka interesowała również Wielką Brytanię. Linia kolejowa, która zaczynała się w portowej Lipawie na Łotwie, nie kończyła się we Władywostoku, gdyż wcześniej zbaczała, ab y przez Pekin, Szanghaj i Kanton dotrzeć do brytyjskiego Hong-Kongu. Statek handlowy od ujścia Tamizy do ujścia Rzeki Perłowej płynął kilka tygodni, pociąg towarowy zaledwie 10 dni – i mógł przewieść więcej ładunku. Napór brytyjski miał więc zupełnie inny charakter niż niemiecki czy rosyjski, ale dzięki obecności Royal Navy oraz angielskim pieniądzom i dostawom Estonia i Łotwa, a pośrednio również Litwa utrzymały swe formujące się państwowości.  Natomiast w obszarze czarnomorskim Ukraina znalazła się w krańcowo odmiennej sytuacji. Najechana przez bolszewików już z początkiem 1918 r., porzucona przez Niemców pod jego koniec, zagrożona przez białą Rosję, pozbawiona jakiegokolwiek wsparcia Zachodu, wdała się w bezsensowną wojnę z Polakami o Lwów.

Dzięki zwycięstwo polskiemu w 1920 r. sytuację w całej tej strefie międzymorskiej udało się ustabilizować na dwadzieścia lat. Napór brytyjski osłabł, pozostałe systematycznie rosły.  Pokolenie później ekspansja niemiecka dotarła do Stalingradu i bram Moskwy, a zaraz potem sowiecka sięgnęła gór Harzu i Adriatyku.

Jeszcze przed powrotem z Magdeburga do Warszawy Piłsudski wiedział, jak można skutecznie przeciwstawić się temu potężnemu naporowi ze wschodu i zachodu. Wyjściem była integracja. Zagrożony obszar stanowiły głównie ziemie dawnej Rzeczypospolitej. Mieszkało na nich 50 milionów ludzi, a na reszcie terytorium Międzymorza jeszcze 10 milionów. W tym czasie, uwzględniając zmiany wprowadzone traktatami pokojowymi, Niemcy miały 64 milionów mieszkańców, Francja, Wielka Brytania (bez Irlandii) i Włochy po 40 mln., kraje bałkańskie razem 25 ml, ZSRR – 140 mln. Dawało to zagrożonej strefie dostatecznie wielki potencjał demograficzny, a tym samym ogromny zasób energii społecznej. Wprawdzie występowo znaczne opóźnienie rozwoju cywilizacyjnego i gospodarczego, lecz zacofanie Sowietów było bez porównania większe. Otóż połączenie wszystkich krajów Międzymorza chociażby tylko w sojuszniczy związek państw, prowadzący wspólną politykę zagraniczną i obronną, zapewniało możność obrony przed agresywnymi zakusami z zewnątrz.

Imperium rosyjskie stanowiło, wedle określenia Piłsudskiego, więzienie narodów. Wielkim jego marzeniem było, aby wszystkie odzyskały samodzielne byty. Wyraz tej nadziei Naczelnik Państwa dał w odzewie skierowanej „Do mieszkańców byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego”, którą ogłosił natychmiast po wyzwoleniu Wilna z sowieckiej okupacji w Wielkanoc 1919 r. Chodziło o wspólne ułożenie wszystkich trudnych spraw – zgodnie z wolą mieszkańców poszczególnych ziem Upadła Rosja, zbierała się do parcia na zachód, ale upadła. Upadły Niemcy, zbierały się do odbudowy, ale upadły. Powstała na krótko pustka. W tej pustce można było zorganizować grupę państw narodowych, całkowicie suwerennych, samodzielnych, niezależnych od siebie, większych czy mniejszych, ale świadomych wspólnego zagrożenia i priorytetowo traktujących przetrwanie w niesprzyjających okolicznościach.

Na apel Piłsudskiego nikt nie odpowiedział, wszyscy woleli rozwiązywać swoje sprawy po swojemu. Jakkolwiek bowiem sama koncepcja integracyjna była prosta, jej realizacja okazała się wyjątkowo trudna. Chodziło o drugi ze wspomnianych na wstępie elementów rzeczywistości: błyskawiczny podział Międzymorza bałtycko-czarnomorskiego i przyległej strefy post-habsburskiej na, co najmniej, 12 osobnych ośrodków państwotwórczych. Każdy z nich skupiał się na doraźnych, aktualnych potrzebach, prawie wszystkie nie podejmowały nawet próby, aby spojrzeć na własny kraj w bardziej dalekosiężnej perspektywie. Natychmiast rozpoczęły się spory o granice. Wszystkie: estońsko-łotewską, łotewsko-litewską, litewsko-polska, polsko-ukraińską, polsko-czechosłowacką, a także drzemiące białorusko-polski, litewsko-białoruski, ukraińsko-białoruski.

Problem polegał na tym, że ich sprawiedliwe wyznaczenie było prawie niemożliwe. Poszczególne narody rozdzierały szerokie pasy ziem o mieszanej etnicznie ludności. Do dzisiaj niektórzy rysują na mapach linie, nazywane granicami etnicznymi, a w rzeczywistości wskazujące tylko zasięg osiedleńczy. Rzeczywiście, wsie ukraińskie dochodziły prawie pod Pieniny – i to po obu stronach granicy polsko-czechosłowackiej, pod Lublin i Siedlce. Na północnym zachodzie sięgały Bielska Podlaskiego i Słonimia, w rejonie Kurska przekraczały środkowy Don, z Kubania rozpościerały się na salskie stepy. Tyle, że równie szeroko rozlało się osiedlenie polskie. Tak szeroko, że trzeba się wstrzymać od wykreślanie linii, aby nie zostać oskarżonym o imperializm. We Lwowie dominowali Polacy, prawie całe wiejskie otoczenie było ukraińskie. Za to Polacy zwartą masą mieszkali we wsiach podolskich po obu stronach Zbrucza oraz na Żytomierszczyźnie i w Owruckim. W połowie XIX w., po zdławieniu Warszawy i przyduszeniu Wilna, Żytomierz wyrastał na główny ośrodek kultury polskiej w całym zaborze rosyjskim. Tuż przed wybuchem wojny światowej język polski w Odessie uplasował się na trzecim miejscu, po żydowskim i rosyjskim. Pod koniec tejże wojny, w 1918 r. najżywszym ośrodkiem kultury polskiej stał się Kijów. Gdy spojrzymy bardziej na północ, do tej strefy, w której mieści się Krasnogruda, warto przypomnieć, że obszary etnicznie litewskie i białoruskie rozdzielał dość szeroki pas zamieszkały głownie przez Polaków. W łotewskim Daugapils (Dyneburgu) znacznie więcej mieszkańców posługiwało się językiem polskim, niż łotewskim – choć najwięcej mówiło w jiddisz.

I jak w takich warunkach wyznaczyć sprawiedliwe granice?

Piłsudski marzył o integracji, która zapewni wolność wszystkim, nawet najmniejszym narodom, zachowa strefy mieszane etnicznie, a wszystkie granice pomiędzy państwami – efekt rozumnych kompromisów, będą całkowicie przepuszczalne. Zwyciężyły dominujące w pierwszej połowie XX w. e Europie nacjonalizmy. Wyrosły one z wrogości przeciwko dawnym zaborcom – Rosjanom i Niemcom, lecz szybko zostały skierowane przeciwko najbliższym sąsiadom. Proces zaboru cudzych ziem rozpoczął się w początku XVIII w. przez zagarniecie ziem nadbałtyckich, później Ukrainy hetmańskiej i stepów czarnomorskich. Zakończyły go rozbiory Rzeczypospolitej. Zdobycze okazały się trudne do strawienia, a uciemiężone narody dostatecznie silne, aby wykorzystać okazję, jaką dała im wojna światowa. Po czym okazało się, że cała strefa własnym wysiłkiem dokonała pełnej dezintegracji. Nacjonalizmy dokończyły dzieła zaborów; samo-rozbicie spowodowało katastrofę lat czterdziestych.

Tragedia ujawniła się znacznie wcześniej.  Kończący wojnę polsko-sowiecką traktat ryski ustabilizował sztuczną granicę, które nie istniała nigdy wcześniej. Była w istocie powtórzeniem granic rozbiorowych, przesuniętym na wschód. Rozrywała krajobraz, wspomnienia, narody i naturalnie integralne obszary. Nieprzerwany pas drutów kolczastych podzielił kontynent od Bałtyku po Morze Czarne. Prawie natychmiast ta wroga wszystkim granica nabrała bardziej jeszcze złowieszczego oblicza. Po zachodniej stronie znalazły się państwa narodowe. Zmagały się one z rozmaitymi kłopotami, zwłaszcza gospodarczymi i narodowościowymi, ale utrzymywały dostatecznie wysoki europejski poziom cywilizacyjny. Po wschodniej stronie odrodziło się szybko więzienie narodów, a zaraz potem przeobraziło się w strefę zbrodni i śmierci.  

Masowe represje, jeśli to słowo jest właściwe, rozpoczęte czerwonym terrorem, w falującym nasileniu trwały nieprzerwanie, co najmniej do 1953 r. Masowe morderstwa, wieloletnie więzienia, łagry i zsyłki obejmowały stopniowo całą populację, aż po twórców i budowniczych państwa sowieckiego. Doszło do tego, że trzydzieści kilka narodów formalnie uznano za wrogów ZSRR; aby ich represjonować, wystarczało samo pochodzenie narodowe czy etniczne. Po eksterminacji inteligencji – wystarczył dyplom studiów wyższych, aby kogoś skazać na śmierć albo wywieźć do syberyjskiego łagru, rozpoczęło się tzw. rozkułaczanie. Kilka milionów chłopów wymordowano, albo przesiedlono dp Azji. W trzeciej fazie, gdy już zbliżała się wojna, przeprowadzano oczyszczenie strefy nadgranicznej – czyli republik białoruskiej i ukraińskiej; tym razem podejrzanym był każdy nie-Rosjanin. Do tego dochodziły tragedie czasowe. Pierwszy wielki głód wystąpił tuz po wojnie, w 1922. Potem wracał okresowo, najstraszliwszy w początkach lat 30. Tylko na Ukrainie i tylko w latach 1927-1938 ilość ofiar oblicza się na 4 i pół miliona osób.

Pierwsza cenę za odrzucenie integracji zapłaciły społeczności, które po 1920 r. znalazły się w ZSRR. Spotkał ich los tak okrutny, że niewyobrażalny nie tylko dla zachodnich Europejczyków, lecz także – do 1939 r., dla mieszkańców ziem położonych po zachodniej stronie granicy ryskiej. Później nadeszła katastrofa całego Międzymorza i druga epoka krwawego niewolenia. Oblicza się, żę w całej strefie ofiary, poniesione w pokojowym czasie funkcjonowania ZSRR przez ludność tej, tak tragicznie doświadczonej części Europu, są równe – a może nawet większe, niż straty wywołane 2. wojną światową.

Gdy Piłsudski przystępował do realizacji swej koncepcji integracyjnej, w stadium realizacji wkraczał projekt Ligi Narodów – związku państw, nie tylko europejskich. Polska była jednym z członków założycielskich, przez lata należała do wąskiej grupy najbardziej aktywnych. Aby zapewnić pokój, Liga budowała system zbiorowego bezpieczeństwa: jeśli jedno z państw stanie się przedmiotem agresji, wszystkie powinny stanąć w jego obronie.  Piłsudski był jednak realistą: popierając system Ligi, zdawał sobie jednak sprawę, że cudze zagrożenie nie porusza tak, jak własne. Gdy niebezpieczeństwo zawiśnie nad Łotwą – Litwa i Estonia poczują się tak samo zagrożone, a niewiele mniej Polska i Ukraina. W tym samym czasie Portugalia, Włochy i Grecja nie bardzo będą wiedziały, o co chodzi, a jakieś fałszywe argumenty, wysuwane przez agresora mogą wydać się im przekonywujące. Węższa integracja wewnątrz szerszej nie tylko tworzy potencjał zdolny odsunąć zagrożenie, ale też ułatwiać pozyskanie wszystkich.

Dzisiaj żyjemy w zupełnie innym świecie, co nie przeszkadza, że nawet staroświeckie zagrożenia mogą się ożywić. Uczestniczymy w Unii Europejskiej i Pakcie Atlantyckim. Organizują one współdziałanie licznych państw. Czy jednak integracyjna koncepcja Piłsudskiego rzeczywiście przeszła już do lamusa historii?

Leszek Moczulski