2017-12-06

Rozmowa z wyjątkowym artystą i społecznikiem, który właśnie został laureatem XVII Nagrody „Rzeczpospolitej” im. Jerzego Giedroycia.

Został Pan laureatem tegorocznej Nagrody „Rzeczpospolitej” im. Jerzego Giedroycia. Już sama nominacja była wyróżnieniem, bo nagrodę otrzymują osoby kierujące się bezinteresowną troską o dobro publiczne, dbające o umacnianie pozycji w Europie i kultywowanie stosunków z narodami Europy Środkowo-Wschodniej. Gratulujemy nagrody! Co ona dla Pana oznacza?

Bardzo się cieszę i jestem onieśmielony tak wielkim wyróżnieniem, gdyż zawsze odczuwałem oddech idei Giedroycia w mojej przestrzeni – między Supraślem, Krynkami i Gródkiem. Postrzegam to jako część intelektualnego spadku. To wyróżnienie jest ważne dla mnie osobiście, ale też dla Białorusinów i narodów dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Daje to siłę do bycia pełnoprawnym obywatelem Europy.

Pana zaangażowanie w sprawy publiczne, zwłaszcza społeczności Podlasia i budowę porozumienia miedzy Polską a Białorusią jest powszechnie znane. Organizuje Pan spotkania artystów, literatów i historyków z obu krajów czy włącza w wydawanie pisma poświęconego zjawiskom kultury oraz problemom historii i współczesności wzajemnych relacji między narodami. Podkreśla Pan swoje białoruskie korzenie i działa na rzecz ożywienia kultury białoruskiej mniejszości narodowej w Polsce i na świecie. Które z tych działań uważa Pan za szczególnie istotne?

Nie wydaje mi się, abym szczególnie podkreślał swoje białoruskie korzenie. Taki jest fakt i uznaję, że to normalne – Polak jest Polakiem. Wraz z przyjaciółmi np. z Fundacji Villa Sokrates na białostocczyźnie staramy się żyć, jak byśmy byli partnerami intelektualnymi w europejskiej przestrzeni. Wydajemy audiowizualne książki i organizujemy kolejne edycje „Trialogu Białoruskiego”. Interesuje nas pokazanie prawdziwej współczesnej Białorusi, spojrzenie na jej kulturę z europejskiej perspektywy oraz realizm białoruski, jaki widać w książkach noblistki Swietłany Aleksiejewicz, Wasila Bykowa czy filmie „Idź i patrz” Elema Klimowa.

Niedawno Liceum Plastyczne Supraśl zapraszało na wystawę Pana szkolnych dokonań z lat 1971-77. Jakie zebrał Pan recenzje młodych artystów i gdzie w najbliższym czasie będzie można zobaczyć Pana prace?

Wystawa w Liceum Plastycznym w Supraślu prezentowała moje prace z czasów kiedy sam byłem jego uczniem. Dla wielu była ona zaskoczeniem – część osób wyrażało zdziwienie, że potrafię rysować realistycznie, a nie tylko malować paski. To było miłe spotkanie z młodymi artystami a nie rozmowa z pozycji uczeń – mistrz. Prace te chciałbym też pokazać w Liceum Plastycznym w Lublinie. Pracuję także nad nowymi wystawami, m.in. z Małgosią Dmitruk dla Galerii Arsenał w Poznaniu, ale też dla Muzeum Architektury we Wrocławiu czy Galerii Foksal w Warszawie. Będę się też wystawiał w swoich Waliłach na białostocczyźnie ale i w Treście.

Do 2 grudnia w białostockim Muzeum Rzeźby, trwała wystawa wczesnych prac Jerzego Nowosielskiego, o którym mówi Pan, jak o swoim mistrzu. Czy to jedyny Pana autorytet artystyczny i inspiracja twórcza?

Oczywiście, że nie jedyny. Poszukiwanie mistrzów to proces. W czasach licealnych, z moim przyjacielem Jasiem Szeremetą objechaliśmy wszystkie ważne Muzea Narodowe w Polsce poszukując prac, m.in. Jerzego Nowosielskiego  ale też Artura Nacht-Samborskiego czy Piotra Potworowskiego. Potem, jak tylko można było wyjechać z Polski, zwiedzaliśmy muzea w Berlinie, Dreźnie czy Pradze. Dość wcześnie, bo tuż po dyplomie wyjechałem do Szwecji, potem do Anglii, Włoch i USA. To dało mi możliwość bezpośredniego spotkania z obrazami wybitnych malarzy „ziemlaków”, np. Marka Rothko, Barnetta Newmana czy Marca Chagalla. Realnie poczułem ducha naszej litewskiej ziemi i doceniłem jej silny wkład w światową sztukę współczesną.

Głosi Pan opinię, że „obraz powinien zawsze bronić się malarstwem i tylko malarstwem, a nie dodanym sensem czy pozaartystycznym kodem”. Czy patrząc na sztukę współczesną, czasem nie ma Pan ochoty nieco zmodyfikować tej tezy?

Nie muszę, jest tak wiele wypowiedzi różnych współczesnych artystów, że mogę pozwolić sobie na ten luksus i zostać w swoim świecie. Szczególnie mieszkając w Polsce, gdzie sztuka zawsze była narracyjna i symboliczna. Każdy ma swobodę osobistej wypowiedzi. I trzeba tę wolność szanować.

Wykłada Pan na warszawskiej ASP, prowadząc Pracownię Przestrzeni Malarskiej na Wydziale Sztuki Mediów tej uczelni. Za co ceni Pan swoich studentów?
Za ostre lustro współczesnej rzeczywistości, szybką reakcję na otaczający świat i budowanie nowego głosu w malarstwie. To najbardziej doceniam w twórczość Sebastiana Kroka, Irminy Staś, Wojtka Gilewicza, Tymka Borowskiego i wielu innych swoich studentów. Cieszę się z każdej nowej ich wystawy, nagrody i rozmowy  z nimi.

Jaką ksywkę miał Pan, jako student, a jak dziś mówią na Pana studenci?

W dzieciństwie byłem „Trampkiem”, bo grałem w piłkę nożną w drużynie Czarni Gródek – doszliśmy aż do klasy „B”. Potem w liceum nazywano mnie „Lolek”, na uczelni w Warszawie – „Lońka”, a dziś studenci mówią na mnie „Taras”.

Ostatnio pański podopieczny Sebastian Krok otrzymał Grand Prix 43. Biennale Malarstwa Bielska Jesień 2017. Cieszą Pana takie sukcesy?

Tak. I jest mi lżej, gdyż w takich momentach czuję, że odpowiedzialność za malarstwo przechodzi na nich – na moich studentów czy absolwentów ASP, czyli artystów, którzy aktywnie uczestniczą w świecie sztuki współczesnej. Lżej się żyje w grupie niż w samotności.

Obraz pt. „Dziki” Sebastiana Kroka znajduje się w Kolekcji sztuki PKO Banku Polskiego, a Pan bardzo pozytywnie wypowiadał się o niej oraz wspieraniu młodych artystów przez Fundację PKO Banku Polskiego. Jakie działania w tej sferze uważa Pan za szczególnie cenne?

Jest to bardzo prestiżowa, stworzona kiedyś przez Andę Rottenberg, a dziś kontynuowana przez Lidię Stefanowską, kolekcja. Zawsze było tak, że dwory opiekowały się artystami i „jaki był dwór to tacy byli artyści, a jacy są artyści to taki jest dwór”. Sztuka jest najcenniejszym pieniądzem od czasów wynalezienia soli. Dlatego mogę tylko pochwalić postawę PKO Bank Polski za jego, jak najbardziej rozważny, także ekonomiczny krok. Dodam jeszcze, że praca „Dziki” powstała podczas jednego z wspieranych przez Fundację PKO Baku Polskiego pleneru dla młodych artystów – pleneru „z Miłoszem” w Krasnogrudzie, gdzie mieści się Międzynarodowe Centrum Dialogu prowadzone przez Fundację „Pogranicze”. A to przecież także oddech Giedroycia.

Jeszcze raz gratuluję i bardzo dziękuję za rozmowę.

Ewa Maciejewska
specjalista PKO Banku Polskiego

fot: Grzegorz Dąbrowski

Leon Tarasewicz

Urodził się w 1957 r w Waliłach na Podlasiu i do dziś jest z tym miejscem związany – tam żyje i tworzy. Intrygujący artysta ukończył Liceum Plastycznego w Supraślu a potem Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Obecnie prowadzi Pracownię Przestrzeni Malarskiej na Wydziale Sztuki tej uczelni. Jego studenci brali udział w wspieranych przez Fundację PKO Banku Polskiego plenerach malarskich, po czym eksponowano ich prace na wystawie w Centrali Banku. Ponadto, jeden ze studentów profesora – Filip Moszant miał tu zorganizowaną wystawę indywidualną.

Leon Tarasewicz swoje dzieła prezentował w uznanych galeriach europejskich miast, m.in. w Sztokholmie, Berlinie, Wenecji, czy Londynie, ale też w Nowym Jorku i prestiżowych galeriach w całej Polsce. Był wielokrotnie nagradzany za swoje działania artystyczne, ale też prospołeczne, m.in. na rzecz dialogu polsko-białoruskiego. 4 grudnia 2017 prof. Leon Tarasewicz otrzymał Nagrodę „Rzeczpospolitej” im. Jerzego Giedroycia pod honorowym patronatem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Nagrodzono go za niestrudzoną pracę na rzecz dobra wspólnego, kultywowanie pamięci o dziejach Wielkiego Księstwa Litewskiego, wielki wkład w promocję Polski na świecie, jako państwa wielu narodów, kultur i religii.