2020-06-08

Brak ogromnych wydatków na rozwój wcale nie musi oznaczać zastoju w firmach i słabości gospodarki.

Brak ogromnych wydatków na rozwój wcale nie musi oznaczać zastoju w firmach i słabości gospodarki

Patrząc na dane Komisji Europejskiej o inwestycjach mogłoby się wydawać, że z naszą gospodarką nie jest dobrze. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że przy jej strukturze nie jest to wskaźnik mający fundamentalne znaczenie.

W 2018 r. prywatne nakłady, czyli to co zainwestowały firmy i gospodarstwa domowe – stanowiły ok. 13,5 proc. PKB. Spośród wszystkich krajów Unii Europejskiej mniej zainwestowano tylko w Grecji (ok. 8 proc. PKB). Porównywalnie – w Luksemburgu (13,4 proc. PKB). Z ekonomicznego punktu widzenia to zła informacja, bo przecież inwestycje budują wartość przedsiębiorstw, bazę do tego, by mogły one więcej produkować, a pracujący w nich ludzie coraz więcej zarabiać. Dzięki temu wzrost gospodarczy jest trwały, bo jego fundamenty są mocne. Tymczasem nie tylko zajmujemy jedno z ostatnich miejsc w Unii pod względem wartości inwestycji prywatnych, ale też i trend od kilku lat nie jest zbyt korzystny. Udział prywatnych inwestycji w gospodarce stale maleje, w 2015 r. wynosił jeszcze 15,6 proc. PKB. Gdyby nie wydatki publiczne, to z całością inwestycji w polskiej gospodarce byłoby bardzo źle. Ale są one u nas wyjątkowo duże, warte ok. 4 proc. PKB r. co daje nam miejsce w czołówce krajów OECD.

Ważna jest struktura

Jednak doświadczenia innych krajów wskazują, że niski udział inwestycji w PKB wcale nie musi oznaczać marazmu i zastoju. Wszystko zależy od struktury gospodarki. Przykładowo, Wielka Brytania, która po wybuchu ostatniego kryzysu z 2008 r. odnotowała największy spadek poziomu nakładów brutto na środki trwałe spośród wszystkich krajów grupy G-7. Już wcześniej - w ciągu dwóch dekad, między I kw. 1997 r., a II kw. 2017 r. - Zjednoczone Królestwo miało najniższą średnią wartość inwestycji ze wszystkich państw należących w tym okresie do Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Stopa brytyjskich inwestycji prywatnych jest najniższa w G-7, wielkość inwestycji publicznych w gospodarce też nie imponuje – pod tym względem Wielka Brytania jest druga od końca w tym klubie.

Usługi mniej wydają

Brytyjczycy nie załamują jednak rąk, bo wiedzą, że w ich kraju inwestycje mogą być niższe ze względu na duże znaczenie usług w gospodarce. Firmom usługowym wydatki na tzw. środki trwałe, czyli maszyny i urządzenia – są mniej potrzebne, niż w przemyśle.

Analizując w co konkretnie inwestowały firmy na Wyspach ekonomiści zauważyli, że dość często była to własność intelektualna, rzadziej maszyny i budynki. I stąd tak słabo wypadały brytyjskie inwestycje w statystykach w porównaniu z tymi krajami G-7, które mają przede wszystkim gospodarki wytwórcze, przemysłowe, a nie usługowe. „Dzieje się tak, ponieważ działalność produkcyjna jest bardziej zależna od produkcji kapitałochłonnej, niż działalność usługowa”, konstatują autorzy dokumentu „An international comparison of gross fixed capital formation”, opublikowanego przez brytyjski Office od National Statistics.

Zjawisko zaobserwowane przez Brytyjczyków nie jest tylko specyfiką Zjednoczonego Królestwa. Autorzy „OECD Economic Outlook” z 2015 r. stwierdzają, że inwestycje w krajach rozwiniętych rosną wolniej, niż na tzw. rynkach wschodzących. Dlaczego? Bo w gospodarkach rozwiniętych rola usług rośnie kosztem przemysłu. Co więcej, w krajach OECD stopniowo inwestycje fizyczne są zastępowane przez niematerialne, oparte na wiedzy. Wynika to z wielu nakładających się na siebie trendów, jak postęp technologiczny, wzrost gospodarki cyfrowej, ale przede wszystkim przejście od przemysłu do usług. A inwestycje niematerialne nie zawsze w pełni są ujmowane w statystykach inwestycji podawanych w oficjalnych danych.

Czym są inwestycje niematerialne?

To na przykład wydatki na badania i rozwój, oprogramowanie, wydatki na poszukiwania minerałów, licencje, znaki towarowe itd. Autorzy dokumentu OECD zwracają uwagę, że niektóre składowe tego kapitału nie są ujmowane w rachunkach narodowych, mowa tu przede wszystkim o inwestycjach w projektowanie, nowe produkty finansowe, reklamę, badania rynku, szkolenia i kapitał organizacyjny.

Polska to oczywiście nie Wielka Brytania. Nie mamy w gospodarce zbyt dużego udziały usług o wysokiej wartości dodanej, np. finansowych – City aspirujące do europejskiego centrum finansowego jest w Londynie, a nie w Warszawie. Dlatego zupełnie nie możemy odpuścić inwestycji i przejść do porządku dziennego nad ich niskim udziałem w gospodarce. Ale też nie da się ukryć, że rola usług w niej stale rośnie. Wystarczy spojrzeć na wyniki w handlu usługami z zagranicą. Mamy w nim aż 4 proc. PKB nadwyżki. Za siłę polskich usług odpowiadają dwa segmenty. Pierwszy – i najważniejszy – to transport. Polscy kierowcy wożąc towary po całej Europie wypracowują około 1,35 proc. PKB nadwyżki w wymianie z zagranicą. Druga dziedzina to szeroko pojęta obsługa biznesowa firm z zagranicznym kapitałem. Mowa tu o wszelkiego rodzaju centrach usług wspólnych, oferujących chociażby usługi księgowe międzynarodowym grupom, rozmaitych call centers i zintegrowanych biurach obsługi klienta. I w tej dziedzinie stajemy się stopniowo światową potęgą.

Informację zawarte na stronie mają charakter informacyjny, reklamowy i nie stanowią oferty w rozumieniu art. 66 Kodeksu cywilnego, usługi doradztwa inwestycyjnego oraz udzielania rekomendacji dotyczących instrumentów finansowych lub ich emitentów w rozumieniu ustawy o obrocie instrumentami finansowymi, a także nie są formą świadczenia usług doradztwa podatkowego ani pomocy prawnej.